Anna Kowalczyk:
Jak blog rozpędził jej karierę dziennikarską ?

Pisarka i felietonistka m.in. Wysokich Obcasów, Przekroju, Polki.pl opowiada, jak blog doprowadził ją do własnej książki i współpracy z topowymi redakcjami.

W tym odcinku rozmawiam z Anną Kowalczyk, dziennikarką od ponad dekady, felietonistką Wysokich Obcasów, autorką bloga Boska Matka, organizatorką spotkań „Drugie śniadanie matek”, twórczynią książki „Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich”. Jakby tego było mało, Anna łączy pisanie z prowadzeniem agencji reklamowej. Dziennikarka, pisarka, blogerka czy przedsiębiorca? Zostawiam to Waszej ocenie. Anna ma za sobą nietypową drogę. Chociaż zaczynała jako dziennikarka to jej praca nabrała rozpędu, gdy zdecydowała się działać na własną rękę i założyła bloga Boska Matka. Anna swoimi działaniami stara się promować równouprawnienie i przełamywać stereotypy w pokazywaniu macierzyństwa. Z naszej rozmowy dowiecie się, m.in. dlaczego pisanie felietonów może być bardzo wyczerpujące i z jakimi trudnościami trzeba się mierzyć, wydając swoją pierwszą książkę.

Z rozmowy dowiesz się:
  • Jak prowadzenie bloga może otworzyć nowe możliwości zawodowe?
  • Jak wygląda proces tworzenia i wydawania książki?
  • Jakie są zalety współpracy z dobrym wydawcą?
  • Czym różni się praca freelancera od pracy dziennikarza współpracującego z jedną redakcją?
  • Z czym trzeba się mierzyć, gdy poruszamy kontrowersyjne tematy?
  • Jak wygląda praca felietonistki i pisarki „od kuchni”?
Projekty Ani, o których możecie usłyszeć w podcaście:

Transkrypcja: Rozmowa z Anną Kowalczyk, autorką książki
„Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich”

Cześć Aniu, na wstępie wielkie dzięki, że znalazłaś dla mnie czas!

Bardzo mi miło, dziękuję za zaproszenie!

Kim jesteś, czym się zajmujesz i czy bardziej czujesz się dziennikarką, blogerką czy pisarką?

A muszę wybierać?

Nie musisz!

No właśnie. Wydaje mi się, że dziś już nie musimy wybierać. Do niedawna wydawało mi się, że potrzebuję jednoznacznej etykiety. To było trudne, bo chyba już nie jestem dziennikarką. Nie pracuję w żadnej redakcji na stałe. Współpracuje z wieloma, ale jako felietonistka, komentatorka, publicystka, ale nie reporterka jak to było przez wiele lat mojego zawodowego życia. Blogerką byłam przez kilka ostatnich lat, ale nie wiem, czy mogę się tak nazywać, skoro od ponad roku nie opublikowałam na swoim blogu żadnego innego wpisu niż informujący o mojej nowej książce. A pisarką chyba jeszcze się nie czuję, bo napisałam tylko jedną książkę. Drugą współtworzyłam. Więc jestem sobie gdzieś w rozkroku. Do tego jestem też przedsiębiorczynią – współwłaścicielką agencji reklamowej. I dobrze mi z tym, nie potrzebuję wybierać.

A jaka jest różnica między pracą freelancera i dziennikarza związanego z jedną redakcją?
Z tego co pamiętam, zaczynałaś w Radiu PIN i MAMADU?

Zaczynałam w akademickim Radiu Kampus, potem było Polskie Radio, redakcja młodzieżowa, radio BIS i przez chwilę Radio Euro (dzisiaj to jest czwórka). A jaka jest różnica między pracą etatowego dziennikarza czy dziennikarki w poważnej redakcji a freelancerską robotą, którą się pałam już od kilku lat…

Ale wciąż dla poważnych redakcji…

Tylko co to jest poważna redakcja? To też było pewne moje odkrycie, które doprowadziło mnie tu gdzie jestem. Że te afiliacja przy poważnej redakcji, paradoksalnie nie popchnęła mnie tak daleko jak to, że stanęłam na własnych nogach. Zaczęłam pisać pod swoim nazwiskiem i nie próbowałam znaleźć tej afiliacji. Praca dla dużych, ważnych tytułów ma oczywiście wiele zalet. Głównie kwitnie wówczas miłość własna, bo to fajnie móc powiedzieć, że jest się dziennikarką Polskiego Radia czy Gazety Wyborczej. Jakiś prestiż, który wcale nie jest pusty, ale otwiera różne drzwi. Nieznający mnie do tej pory rozmówcy, do których dzwoniłam i próbowałam ich poprosić o spotkanie, o wywiad, setkę, zupełnie inaczej rozmawiali ze mną, kiedy przedstawiam się używając tej poważnej afiliacji. A doświadczyłam tego potem właśnie jako blogerka, kiedy to dzwoniłam do tych samych instytucji. Zrobiłam ten eksperyment, że nie próbowałam przedstawiać się jako dziennikarka i słyszałam te chwile zawahania po drugiej stronie słuchawki.

A jak się wtedy przedstawiałaś?

Chyba przedstawiam się, mówiąc że jestem blogerką. Pewnie podawałam tytuł bloga, nie pamiętam dokładnie.

Jak czułaś się z taką detronizacją?

Właśnie to w ogóle nie było tak! Paradoksalnie poczułam się bardzo dowartościowana, kiedy mój blog zaczął zataczać coraz szersze kręgi i moje wpisy czytały dziesiątki tysięcy ludzi. To były wyniki i zasięgi, których nie mogę powiedzieć, że nie miałam, kiedy pracowałam dla dużych rozgłośni radiowych, ale ich nie czułam. Bo radio nie jest specjalnie interaktywnym medium i kontakt ze słuchaczami miałam sporadyczny. Oczywiście wiedziałam i domyślałam się, że odbiorcy mnie słuchają, kojarzą moje nazwisko i pracę. Ale kiedy zaczęłam pisać do internetu, to natychmiast dostawałam informację zwrotną. Co się podobało, a co nie, że to dla kogoś było ważne, a kogoś innego skłoniło do myślenia. To jest niezwykle motywujące.

W radiu nie miałaś takiego poczucia? Mogę sobie wyobrazić, że ktoś pisze coś po audycji, komentuje.
Czy to w ogóle tak nie działa?

Ja pracowałam w newsroomie i przygotowałam głównie materiały do serwisów i audycji informacyjnych. Plus pięć ostatnich lat mojej pracy w radiu to była redakcja polityczno-ekonomiczna, która nie rozgrzewała aż tak bardzo umysłów i dyskusji wśród słuchaczy. To są po prostu inne media. One inaczej działają. Są takie rozgłośnie, które bardzo pielęgnują głos słuchaczy. Chętnie go udzielają i wpuszczają słuchaczy na antenę. Ja akurat za tym nigdy nie przepadałam, bo miałam to nieszczęście czy pecha, że zawsze mi się zdawało, że jakieś niespecjalnie mądre są te wypowiedzi i niewiele wnoszą. A trzeba się do nich jakoś odnieść.

Plus oczywiście wszystko dzieje się na żywo.

I to też jest jednak jakiś stres, bo nigdy nie wiadomo, kto z czym przyjdzie, czy nie polecą jakieś bluzgi na antenie. A to już jest odpowiedzialność radia i prowadzącego. W moim radiu tego było mało. I nagle przeniosłam się do internetu, gdzie to jest cała sól tej roboty. Na dobre i na złe oczywiście. Bo trzeba się mierzyć z hejtem, ze zmasowanym atakiem ludzi bez twarzy i nazwisk, których słowa naprawdę potrafią ranić i podkopywać poczucie własnej wartości. Poczucie sensu, tego co się robi. Wiec to oczywiście nie jest wyłącznie słodkie. Ale dla mnie to było niezwykle motywujące, ożywcze. Nabrałam wiatru w żagle, dzięki temu, że tak szybko i tak jednoznacznie dostawałam od moich czytelniczek i czytelników sygnały, że to co piszę jest komuś potrzebne i dla kogoś może być ważne. Dla dziennikarki czy eks-dziennikarki nie ma chyba nic piękniejszego.

A skąd dobór takich, a nie innych tematów na blogu? Poszłaś w trudny obszar, bo to nie był blog modowy, masowy,
a przy tym bardzo kontrowersyjny.

Tak, bardzo kontrowersyjny? No właśnie nie wiem! Boska Matka powstała jako koncept w odpowiedzi na moje ADHD zawodowe, które się objawiło na urlopie macierzyńskim. Zaczęło się od tego, że wylądowałam na rocznym urlopie macierzyńskim, bo też niestety niespecjalnie miałam do czego wracać. Moja dawna praca radiowa przychodziła bardzo poważne zmiany i trochę nie odnajdywałam się w nowej koncepcji. Jednocześnie miałam to wielkie szczęście, że urodziłam wspaniałego, zdrowego, bezproblemowego synka, który zostawiał mi dużo czasu na czytanie, myślenie. Miałam te chwilę zatrzymania. Taki krok wstecz i potrzebę, żeby opisać to wszystko, co akurat przychodzę. Myślę, że każdy z rodziców dobrze to zrozumie. To jest taka duża zmiana w życiu, która odbywa się w sumie według podobnego schematu. Po latach się to widzi, że te uniesienia własne, one wcale nie są takie wyjątkowe. Kolosalna zmiana, która się dzieje w twoim życiu, kiedy przychodzi na świat twoje pierwsze dziecko, ona głównie tobie się wydaje tak niezwykła, a niezwykła tak bardzo nie jest. Ale to nieważne, bo to się działo gdzieś tam we mnie i miałam potrzebę się tym podzielić. A chciałam oszczędzić moich facebookowych znajomych, którzy niespecjalnie mieliby ochotę o tym czytać. I postanowiłam wynieść się z tą częścią swojej twórczości, tym strumieniem świadomości, który potrzebowałam przelać, gdzieś indziej. Żeby zaprosić tam tylko tych, którzy mają ochotę to czytać. A nie wszystkich, którzy po prostu mają to nieszczęście, że są moimi znajomymi na Facebooku.

Pierwsze dwa czy trzy wpisy napisałam wokół mitu, który byłam karmiona, a który wydawało mi się, że właśnie weryfikuję negatywnie. Mitu, że oto moje życie się właśnie skończyło. Urodziłam dziecko i już nic nie będzie tak jak było, w domyśle będzie gorzej. Skończyła się młodość, skończyła się wolność. Teraz to już tylko kupy, pieluchy, picie zimnej kawy.

Właśnie dlatego powiedziałam, że wybrałaś temat kontrowersyjny. Ponieważ cokolwiek, co dotyczy prezentowania opinii
na temat macierzyństwa od razu wywołuje ogień jeśli chodzi o dyskusje w sieci.

Ja nie czytałam blogów parentingowych i nie czytam ich do dziś. Być może to jest trochę nie fair, bo wiele osób, głównie kobiet, znajduje w nich jakiegoś rodzaju ukojenie, wsparcie, ale też często cennej i wartościowe merytorycznie informacje. U mnie to jakoś naturalne skręciło w stronę kwestii społecznych, politycznych i obyczajowych. Ponieważ takie miałam zaplecze i doświadczenie dziennikarskie. Pewnie gdybym wcześniej przez lata pracowała w magazynie kobiecym, lifestylowym, modowym, to pewnie zajmowałabym się modą dziecięcą albo pisałabym raczej o tym, jak wrócić do formy po ciąży. A ponieważ pracowałam w redakcji gospodarczej i politycznej, to mi siłą rzeczy bardzo szybko blog zaczął skręcać w stronę dywagacji dotyczących rozwiązań prawnych dla rodziców.

Dyskusji, czy one rzeczywiście służą rodzicom. Jakie konsekwencje dla życia zawodowego ma macierzyństwo, bo ma. I to, co mnie jakoś szczególnie interesowało czyli jak w ogóle kwestia pracy opiekuńczej we współczesnym światem może być rozwiązana. I że właśnie niekoniecznie w sposób tradycyjny, w którym to kobieta jest główną i często jedyną opiekunką dzieci, co ma oczywiście rozliczne konsekwencje. W postaci utrudnionego lub czasem niemożliwego powrotu do pracy. Uzależnienia ekonomicznego i wszystkiego, co się z tym wiąże.

I nie musi tak być. Coraz częściej tak nie jest. W moim własnym związku tak nie jest. I to niekoniecznie musi być zamach na tradycyjną rodzinę, męskość, ojca. Tylko że to może być zupełnie optymalny model, który uszczęśliwia więcej osób. Bo służy nie tylko kobietom, ale również ojcom tych dzieci, którzy przez takie urządzenie świata są pozbawiani nie tylko obowiązku zajmowania się dziećmi, ale również tej wielkiej radości i przyjemności, jaka płynie z budowania głębokiej i wartościowej relacji z człowiekiem, którego stworzyli. Beneficjentami tej sytuacji są również dzieci. To mnie szczególnie fascynowało i o tym dużo pisałam, robiłam wywiady na ten temat. Cała kwestia pracy opiekuńczej, to jak można ją przemyśleć na nowo i dlaczego warto to zrobić. Także to jak widzisz dość daleko od zajmowania się modą niemowlęcą i urządzeniem pokoików dziecięcych. Ale właśnie takie rzeczy mnie zajmowały. Zainteresowały też moje czytelniczki i czytelników.

Udało ci się stworzyć bloga, który miał dobre zasięgi, ale nie był z obszaru tematów lifestylowych.
Czy zawdzięczasz to poruszaniu tematów, które rozniecają ogień dyskusji czy to było może jeszcze coś innego?

Rodzicielstwo jest jednym z wielu tematów, które przeważnie nie są traktowane poważnie. To znaczy sposób, w jaki pisze się, zwłaszcza o macierzyństwie, jest często infantylny.

Lukrowany?

Albo właśnie przegięty w drugą stronę. Ja też mam problem z trendem „macierzyństwa bez lukru” i rytualnym narzekaniem na to, że życie się skończyło. Że nie ma się już wolności, seksu, imprez i w ogóle trochę się już głupieje. Bo nie ma się czasu czytać, chodzić do kina i teatru. I zostaje się takim domowym, flanelowym wycieruchem.

Albo jest druga twarz, czy odsłona dyskusji o rodzicielstwie, która jest w z kolei super komercyjna. Dyskutujemy o tym, co by tu kupić sobie albo dziecku, żeby to wszystko usprawnić. Wychować kolejnego super bobasa na małego geniusza, programistę albo oczywiście koniecznie małą księżniczkę, która musi być śliczną kopią swojej ślicznej mamusi. I ja się w żadnym z tych dyskursów nie odnajdywałam.

Jest naprawdę bardzo dużo praktycznych tematów związanych z macierzyństwem i rodzicielstwem, o których trzeba poważnie rozmawiać. Które nie mają nic wspólnego ani z zimną kawą, ani z najnowszym modelem wózka.

I to są tematy związane z dostępem do wsparcia instytucjonalnego dla rodzicielstwa czy podziałem urlopów rodzicielskich. Z dostępem do dobrej jakości bezpłatnych albo niedrogich żłobków czy przedszkoli. Ma to też sporo wspólnego z kolejnym kontrowersyjnym tematem, który powraca jak bumerang czyli z akceptacją obecności małych dzieci w przestrzeniach publicznych. Słynna dyskusja o karmieniu piersią w miejscach publicznych, która wybucha regularnie kilka razy do roku. To są dla mnie tematy.

Każdy może stwierdzić, że jest jakiś element rzeczywistości, który mu się nie podoba. Ma ochotę o tym pisać, więc zakłada bloga. Jak wyglądała wtedy twoja przestrzeń zawodowa?  W końcu pisanie czy mówienie o różnych sprawach wcześniej,
gdy byłaś etatową dziennikarką, było twoim zawodem. Jak zmieniła się ta sytuacja, gdy zostałaś blogerką?

Pisanie bloga społecznego to nie jest intratne zajęcie. Zaczęłam go pisać, bo mogłam sobie na to pozwolić. Byłam na płatnym urlopie macierzyńskim i moje pisanie sponsorował Zakład Ubezpieczeń Społecznych.

Urlop się skończył, a blog pozostał?

Blog pozostał, bo przyniósł mi kolejne propozycje pracy. Tuż po urlopie macierzyńskim zostałam redaktorką naczelną serwisu parentingowego.

Właśnie za sprawą bloga?

Absolutnie nie było żadnego innego powodu, żeby Grupa Na Temat zaproponowała mi tą posadę niż tylko ten, że mój blog był znany i rozpoznawalny. Plus miałam też doświadczenie dziennikarskie i redakcyjne. I to był dobry zestaw kompetencji, żeby ten projekt poprowadzić. Miałam też dużo szczęścia, co tu kryć. Każdy, kto próbował prowadzić bloga, nawet w dziedzinach o dużo większym potencjale komercyjnym niż ta, którą ja się zajmowałam, wie że na tysiąc czy sto tysięcy blogerów, którzy zaczynają tylko jeden albo dwoje zarabia na tym pieniądze.

Ale pewnie podobnie można by powiedzieć o zakładaniu firmy?

Zdecydowanie. I to jest pewien splot okoliczności, który jest dla mnie wciąż magiczny. I czasem, kiedy czytam blogi moich koleżanek czy kolegów, którzy z tego żyją, nadal nie rozumiem, co stoi za ich sukcesem. Na pewno to, czego nie da się uniknąć, to jest ciężka praca i konsekwencja. Bo ci blogerzy i blogerki, których znam też wykonali dużą pracę i musieli zapłacić swoje frycowe zanim zaczęli na blogowaniu czy w vlogowaniu, czy Youtubie zarabiać. I tego im nikt nie odbierze, trzeba to powiedzieć głośno.

Te wszystkie „śmieszki-heheszki” z ćwierć inteligentnych influencerów, którzy zarabiają kokosy, na tym że pokazują  śniadania na Instagramie są poniżej pasa. Bo gdyby to było takie proste, to każdy, kto pokazuje śniadanie na Instagramie zarabiałby kokosy, a z jakiegoś powodu tak nie jest. To jest na pewno też kwesta osobowości. Tego, czy się ma ten rodzaj charyzmy, który ludzi przyciąga i sprawia, że są zainteresowani tobą jako człowiekiem. I to może być bardzo różny rodzaj charyzmy. Znam influencerów i influencerki, którzy mają charyzmę nieoczywistą, ale są intrygujący i ludzie chcą z nimi być w stałym kontakcie. Czytając ich wpisy czy oglądających zdjęcia. No więc to jest ten obszar magiczny, który ciężko wytłumaczyć.

Mówisz dużo o charyzmie. Wydaje mi się, że u ciebie to był element przeważający. Tej charyzmy było bardzo dużo widać
w twoich tekstach. Na przykład dla wielu kontrowersyjne, ale głośne i potrzebne artykuły o Pierwszej Niewolnicy RP.
Jakbyś mogła o nich trochę opowiedzieć. Skąd ten pomysł, który sprawił, że za pewnymi tekstami, często szły reakcje dużych mediów.  

Za tekstem o pensji dla pierwszej damy, poszły nawet projekty ustaw. Tekst „Pierwsza Niewolnica RP” dotyczył faktu, że za okres kadencji męża prezydenta, małżonka (do tej pory to były same małżonki) nie otrzymuje żadnego wynagrodzenia, chociaż wykonuje szereg funkcji. Towarzyszy mężowi w jego rozlicznych podróżach, ale też ma swój własny, bardzo wypełniony spotkaniami i aktywnościami kalendarz. W dodatku żadne składki na ubezpieczenie społeczne czy emerytalne nie są odprowadzane za pierwszą damę.

Wydawało mi się to jakąś szaloną niesprawiedliwością i potwornie złym przykładem z góry, który w mniej lub bardziej oczywisty sposób wpływa i promieniuje, na to jak my w ogóle widzimy rolę i pracę kobiet. Zwłaszcza związaną z tradycyjnymi rolami. Trudno jest mówić o tym, żeby docenić pracę opiekuńczą i domową, a w mojej w mojej głowie ta dyskusja właśnie wokół tego powinna się toczyć. Kobiety, które poświęcają całe swoje zawodowe życie, żeby zajmować się, często nie tylko dziećmi, ale też innymi niesamodzielnymi członkami swojej rodziny (rodzicami, rodzeństwem, osobami z niepełnosprawnościami) są osobami jakby wyjętymi z systemu. Osobami, których praca pozostaje niezauważona.

A dowodem na to jest fakt, że nie jest wynagradzana i objęta ubezpieczeniem społecznym. A pierwsza dama, która jest absolutnie na szczycie hierarchii i na świeczniku stanowi taki koronny przykład na to, że coś jest nie tak w tym urządzeniu świata. Mamy tutaj żywy dowód na to, że można wykonywać bardzo ważną, prestiżową i cenną pracę. Nie można też odmówić jej przyjęcia. Teoretycznie można, ale z jakiegoś powodu żadna pierwsza dama nie odmówiła sprawowania tych ról i wykonywania tej pracy. Jest to więc jakiś elementarny gest przyzwoitości, żeby chociaż za te pięć lat oprowadzać jej składki emerytalne.

Co się stało potem? Napisałaś tekst i co dalej? Bo mam wrażenie, że wtedy ruszyła lawina?

To się wydało wielu osobom i redakcjom interesujące. Ja sama przeprowadziłam też kolejnych kilka rozmów z badaczkami czy badaczami, które przyglądają się pracy pierwszych dam. Wówczas rozległy się liczne głosy: „Ale co ona właściwie robi?! Przecież ona tylko się stroi! Pozuje do zdjęć i co to w ogóle jest za praca?! A przecież jeszcze na dodatek ma wikt i opierunek. Mieszka w Pałacu Prezydenckim, więc za co tu jej w ogóle płacić?”

Nie wiedziałam, że aż w tą stronę poszły komentarze.

Takich komentarzy było bardzo wiele. I w pewnym momencie ta dyskusja zabrnęła w stronę sugestii, że przecież ona w ogóle nic nie robi i to są jakieś problemy pierwszego świata. Na szczęście wiele mediów i poważnych osób podjęło ten temat, widząc w tym jednak bardzo niepokojący przykład dyskryminacji. Dyskusja medialna poszła na tyle szeroko, że w dość krótkim czasie pojawił się projekt ustawy, który miał regulować te kwestie. Pech chciał, że to były dwie sprzężone ze sobą ustawy. Druga dotyczyła podniesienia wynagrodzenia członków rządu i ministrów, więc została utrącona bardzo szybko. W tym duecie ustawa nie przeszła i nie miała szansy przejść.

Jakie jeszcze inne lawiny wywołałaś swoimi tekstami? Które z nich okazały się równie emocjonujące?

Wyjątkowo dobrze czytał się tekst poświęcony Wielkiej Orkiestrze Świątecznej Pomocy, zatytułowany „Boskiej Matki odpowiedź hejterom Wielkiej Orkiestry”. Ukazał się dobrych kilka lat temu. Hejt wokół Wielkiej Orkiestry i kontrowersje psujące nam to wspaniałe święto, jakim jest finał wielkiej orkiestry, powracają co roku. Dzisiaj ta dyskusja już nam właściwie trochę spowszedniała. Wtedy to jeszcze ciągle było zaskakujące. Pozwoliłam sobie podzielić się w bardzo osobisty sposób tym, co sądzę o samej idei, a sądzę jak najlepiej. Z drugiej strony nie jestem wcale i nigdy nie byłam bezkrytyczna wobec postaci samego Jurka Owsiaka, którego styl nie zawsze mi odpowiada. Nie zmienia to jednak faktu, że Wielka Orkiestra nie jest od dawna i  być może nigdy nie była wyłącznie dziełem jednego człowieka. Jest naszym wielkim narodowym skarbem, z którym ja bardzo się utożsamiam, identyfikuję i której to idei będę bronić.

I wiele osób poczuło tak samo, więc ten tekst się niezwykle poniósł i też oczywiście doprowadził mnie do samej Orkiestry, z którą jestem zaprzyjaźniona. Do dziś robimy różne rzeczy razem, m.in. opowiadałam o blogowaniu i prowadziłam coś w rodzaju warsztatów na temat blogowania na Przystanku Woodstock, kiedy jeszcze się tak nazywał.

Czy popularność twoich tekstów i dyskusji wokół nich przekładała się na twoje zlecenia dziennikarki-freelancerki?

Wszystkie moje kolejne propozycje zawodowe, głównie propozycje pisania i publikowania felietonów w innych tytułach wynikały z tego, że ktoś znał moje pisanie blogowe. Więc tak trafiłam do serwisu Polki.pl i potem do redakcji Wysokich Obcasów.

Czy sama musiałaś o to zabiegać i przy okazji powoływałaś się na bloga czy ciebie zapraszano do współpracy?

Dostawałam te propozycje i byłam zapraszana. Bardzo proaktywnie nie musiałam tutaj działać. I tak już jest do dziś.  Spływają do mnie różne propozycję i raczej muszę je odsiewać i wybierać te, z którymi jest mi najbardziej po drodze niż zabiegać o to, żeby było ich więcej. To się też bardzo nasiliło po książce.

Czy decydując się na odejście z dużych wydawnictw i przejście na pisanie bloga, na działalność freelancerską
miałaś w sobie strach? Za co ja teraz będę żyć?

Ten temat zawsze istnieje. Ja miałam to szczęście, że miałam poduszkę finansową.

Ale poduszki też się kiedyś kończą…

To był ten moment końca urlopu macierzyńskiego, kiedy miałam już kolejną pracę przyniesioną mi przez działalność blogową. Ale tak naprawdę komuś, kto nie jest stale afiliowany przy dużej redakcji i próbuje żyć z pisania, ten lęk i troska towarzyszy nieustannie. Więc też chyba trzeba to powiedzieć głośno, że wyżyć w Polsce z pisania jest naprawdę trudno. Ja też nie żyję wyłącznie z pisania. Tak jak mówiłam wcześniej, jestem współwłaścicielką agencji reklamowej i to też nie bez powodu. To jest moja poduszka finansowa.

Jak rozkłada się twoja praca? 20% czasu na pisanie, 80% agencja? Czy raczej po równo?

To jest bardzo różnie. Są momenty, kiedy rzeczywiście przeważa nawet nie samo pisanie, ale to co z pisania wynika czyli na przykład zaproszenia do poprowadzenia paneli dyskusyjnych. Właściwie od kilku miesięcy jeżdżę po Polsce regularnie kilka razy w miesiącu na spotkania autorskie. I za to dostaję pieniądze.

Więc to wszystko wynika poniekąd z pisania, ale nie wiąże się z otrzymywaniem honorarium za teksty. Bo honoraria za teksty nie są wygórowane. Jeśli ma się kiszenie pełne pomysłów i dość dobrze zarządza się swoim czasem, więc publikuje się dużo tekstów, to rzeczywiście można myślę przyzwoicie żyć, przynajmniej w takim mieście jak Warszawa. Gdzie jest spory rynek medialny i duże zapotrzebowanie na teksty różnego rodzaju. Ale to też jest naprawdę duży wysiłek i nakład pracy, bo to jest  praca kreatywna.

Pamiętam moment, kiedy publikowałam felieton regularnie raz tygodniu. A felietony to jest taki specyficzny rodzaj tekstu, kiedy trzeba się odsłonić ze swoimi poglądami i wyrazić się najlepiej bardzo kategorycznie. Potrafię tak pisać i robiłam to przez kilka ostatnich lat, ale już teraz tego nie robię, bo jestem tym wycieńczona. I być może brzmi to trochę żałośnie, żalić się na taki stan. Ale uwierz mi, to jest wyczerpujące.

Wyczerpujące?

Ja w którymś momencie po prostu przestałam mieć ochotę posiadać opinie na jakiś temat. I luksusem było dla mnie nie mieć opinii na żaden temat i jej nie wyrażać. Gdy co tydzień musisz się rozemocjonować jakimś kolejnym tematem, w pewnym momencie zaczynasz zauważać, że on może wcale nie jest taki ważny.

I może kolejne głupie zdanie, kolejnego niezbyt rozgarniętego człowieka, które poruszyło internautów oraz wywołało burzę na portalach nie jest warte twojego czasu. Ja kiedy pisałam felietony, potrzebowałam co najmniej jednego dnia na ten proces. To są krótkie teksty, jednostronicowe teksty. Ale dzień, w którym miałam oddać felieton, był dniem wyjętym z życia.

I ja oczywiście umiem pisać szybko i mogłabym je tworzyć szybciej. Ale proces myślowy, który trzeba wykonać, jaki poprzedza stworzenie takiego tekstu jest jednak dłuższy. Nie chce powiedzieć, że koniecznie bardziej żmudny. Są rzeczywiście teksty, które piszą się same, bo emocje są tak duże, że otwierają szufladę w głowie, do której się już od dawna dokładało. I nagle jest ta iskra, która sprawia, że to wszystko układa się w jakąś jedną, spójną całość. W jakąś myśl, którą wystarczy przelać na papier. Ale przeważnie tak właśnie nie jest.

Powiedziałaś, że łączysz pisanie z pracą przedsiębiorcy. To jaki jest ten udział?
Jakbyś miała opowiedzieć o nim na przykładzie tygodnia. Ile w tym jest w twojej pracy jako przedsiębiorcy, a ile pracy pisarki, blogerki, dziennikarki. Jak to się kształtuje?

Teraz chyba „fifty-fifty”. Jestem rzeczywiście stacjonarnie w swoim biurze trzy dni w tygodniu. W poniedziałki, wtorki i środy. Czwartki i piątki są moimi dniami na pisanie czytanie, biblioteki, spotkania. Natomiast też trudno powiedzieć, że gdy jestem w firmie poświęcam sto procent swojej uwagi tylko sprawom agencji, bo tak się nie da. Więc chyba uczciwiej byłoby powiedzieć, że jestem po połowie tu i tu. I to jest trochę trudne, bo sprawia, że nigdy nie jestem nigdzie tak do końca. I czasem przeprowadzając wywiad, czy pisząc tekst w swoje niby wolne dni, odbieram maile i telefony od naszych klientów. Ale też często siedząc przy swoim biurku w moim gabinecie w firmie kończę felieton albo umawiam się na kolejną rozmowę.

Więc mam ten komfort, że tam jestem swoją szefową i mogę swobodnie dysponować własnym czasem. Plus mam swoje biurko, komputer, swoją przestrzeń, którą mogę zamknąć, kiedy potrzebuję skupienia. I jakimś cudem udaje się to wszystko łączyć i nawet nie jest to bardzo trudne. To też wielka zasługa mojego wspólnika, który jest oazą spokoju, wyrozumiałości. Akceptuje ten układ i chorografię niemożliwą, w której jestem wspólniczką i partnerką biznesową, ale też (trochę bardziej może nawet) dziennikarką, pisarką, blogerką i tym wszystkim, czym jestem.

Całkiem nieźle sobie w tym rozkroku radzisz. Czy to wszystko by się wydarzyło gdyby nie blog?

Nie. Wszystko wydarzyło się za sprawą bloga.

Czyli to była taka trampolina do innych rzeczy?

Tak, zupełnie zaskakująca i nieoczekiwana. Ja myślałam o blogu jako o miłym przerywniku, o kolejnym moim hobby, porównywalnym do uprawiania ogródka działkowego i robienia na drutach.

Czyli to nie było tak, że ty świadomie stwierdziłaś, że tu już wyczerpałaś pewne możliwości,  
więc warto spróbować czegoś innego?

W pewnym momencie tak było, ale nie zaczynałam z taką intencją. To znaczy ruszyłam z blogiem tak naprawdę dlatego, że mi się nudziło trochę i potrzebowałam odskoczni. Ujścia dla myśli i refleksji, które mnie przepełniały. Ale ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu bardzo szybko zaczęło się robić poważnie.

Bardzo szybko to znaczy po jakim czasie?

Nie wiem, po 2-3 miesiącach.

Ja myślałam, że powiesz… po roku! To już po 2-3 miesiącach?

Po pierwszych głośnych tekstach. Moment, w którym zaczynasz myśleć o swoim blogu jako o takim miejscu z potencjałem też zawodowym, to jest chwila, w której zaczyna się robić o nim głośno. Tysiące ludzi zaczynają znać twoje nazwisko i twoją markę osobistą, mówiąc szumnie. No i wtedy zapala się światełko, a może coś w tym jest.

Czy to nie jest paradoks? Wcześniej pracując w radiu tego nazwiska wyrobionego z różnych powodów mieć nie mogłaś.
A gdy założyłaś bloga, stało się to możliwe?

To jest właśnie totalny paradoks i wielka niespodzianka. Ja naprawdę długo bym myślała i nie pomyślałabym, że to się tak potoczy. Ja dysponowałam też pewnym zestawem doświadczeń,  które mi to umożliwiły. Pisanie to jest rzemiosło, w którym terminowałam przez parę ładnych lat, zanim zaczynam pisać bloga i mam tego pełną świadomość. Sposób pisania tych tekstów, w ogóle szukania tematów, ta chyba największa dziennikarska umiejętność.

A jak się szuka tematów?

Uczą tego na studiach dziennikarskich i potem nadal się tego nie wie. Później idzie się do redakcji i słyszy się przez kilka lat, czy coś jest czy nie jest tematem.

W dzisiejszych czasach ma się wrażenie, że wszystko już zostało odkryte, opisane i przetworzone milion razy.

Jestem pewna, że dziennikarze sto lat temu mieli dokładnie takie samo wrażenie. Bo to jest zupełnie naturalne i nieuniknione. Poczucie, że wszystko już było. Nie wiem, jak się szuka tematów. Ja już umiem to robić. Nauczyłam się tego w pracy. To jest połączenie jakiejś dobrej orientacji w świecie, z czymś, co się nazywa trochę zwodniczo intuicją. A co tak naprawdę jest właśnie funkcją doświadczenia i tych niezliczonych sytuacji, w których człowiek na własnej skórze przekonał się, co jest tematem, a co nim nie jest. I tego się chyba nie da opowiedzieć. Nie da się opisać w podręczniku, zrobić dziesięciominutowego tutorialu. Trzeba zgłosić tysiące tematów, które okażą się pudłem.

Czyli metoda prób i błędów? Publikujesz i patrzysz, czy działa?

Teraz już to po prostu wiem. No ja też miałam nauczycieli i nauczycielki, którzy mi mówili: „Nie to nie jest temat! To jest zbyt skomplikowane! A to nikogo nie obchodzi! To jest zbyt hermetyczne! To jest zbyt niszowe dla naszego odbiorcy! To byłby temat w czasopiśmie branżowym.” Teraz może znowu wiem coraz mniej, dlatego że nie jestem już dziennikarką. Dziś myślę już o tematach szczerzej, w kontekście książki. Bo tak skręciła moja droga zawodowa, że interesują mnie już właśnie te tematy, które są materiałem na czterystu stronicową książkę, a nie artykuł na cztery tysiące znaków.

No właśnie, skąd się wziął ten transfer między blogiem, a książką?

Kiedy się pisze dużo i tak bardzo ad-hoc jak ja, głównie na tematy bieżące, takie w sumie efemeryczne, które dzisiaj rozgrzewają wyobraźnię milionów, a jutro nikt ich nie pamięta – to w wielu ludziach, we mnie też, narasta taka potrzeba napisania wreszcie czegoś znaczącego. I to trochę było to. Miałam kiedyś taką rozmowę z jedną moją koleżanką pisarką, której debiut literacki okazał się być wielkim sukcesem i rozmawiałyśmy o jej kolejnych planach. Również o tym, czy może ja bym wreszcie czegoś większego nie napisała. I rzeczywiście wreszcie zwerbalizowałam taką emocję, którą miałam od dawna. Że właśnie to, co ona napisała, ma prawdziwą wartość, bo zostanie i przetrwa.

O jakiej konkretnie mówimy pozycji?

Chyba mogę o tym powiedzieć. To była rozmowa z Natalią Fiedorczuk-Cieślak czyli autorką teraz już dwóch wspaniałych książek. Za pierwszą ”Jak pokochałam centra handlowe” Natalia dostała wiele nagród z Paszportem Polityki na czele. No i tak jej się pożaliłam, że to wszystko, co ja piszę to tak po prostu spływa w sedesie. Oczywiście pozazdrościłam nie tylko jej, ale wielu swoim innym, wspaniałym piszącym koleżankom. Wykonania tej wielkiej i jakościowo innej pracy niż praca nad prostymi, krótkimi tekstami dla prasy czy dla mediów.

Jakościowo inną czyli lepszą?

Tak mi się wydawało. To znaczy nie lekceważę absolutnie pracy dziennikarzy, komentatorów czy publicystów. Uważam, że jest bardzo trudna. Ale ja miałam wtedy taką potrzebę napisania czegoś większego. Wydawało mi się, że znów wreszcie poczuję, że robię coś wartościowego. I pomysł, aby napisać książkę chodził za mną od dawna. Miałam wiele różnych koncepcji, mniej lub bardziej związanych z tym, czym się zajmowałam. Raczej wiedziałam, że to będzie pozycja non-fiction.

Od dawna też brakowało mi takiego kompendium wiedzy na temat przeszłości kobiet w Polsce. Kiedy się dyskutuje na temat tego jaka jest sytuacja kobiet w Polsce obecnie, o co jeszcze powinnyśmy się upominać, walczyć i starać, to ważna jest wiedza nt. tego, jakie są przyczyny sytuacji, w której się obecnie znajdujemy. Jaka była przeszłość kobiet w Polsce i co ukształtowało teraźniejszość.

Ja szukałam takiego w miarę przystępnego źródła i go nie znalazłam. Więc kupowałam kolejne biografie, kolejnych wspaniałych bohaterek. Zainteresowałam się też tym, co w małych nakładach piszą historyczki i historycy o przeszłości kobiet w Polsce. No i powoli, powoli, coś tam mi się układało, ale nadal to był obraz bardzo niekompletny, składany z wielu puzzli.

Kiedy pojawiła się ta iskra, że to jest  ten temat, którym chcesz się zająć?

Kiedy uświadomiłam sobie, że w 2018 roku mamy setną rocznicę praw wyborczych, praw kobiet w Polsce. To był taki moment, w którym czułam, że bardzo chciałabym tą ważną rocznicę obchodzić po swojemu. I miałam kilka pomysłów, łącznie z na przykład krótkimi filmami dokumentalnymi, reportażami video wokół kobiet zasłużonych dla Polski. I w którymś momencie, naprawdę nie pamiętam dokładnie w którym, te dwie ochoty i te dwa pomysły zlały się w jedno. Książka, którą od dawna chciałam napisać i ten sposób na upamiętnienie kobiet zasłużonych dla Polski nagle okazały się awersem i rewersem tego samego pomysłu. Bardzo szybko przeszłam od pomysłu do fazy realizacji. Zgłosiłam do wydawnictwa swój koncept. On natychmiast został przyjęty i zaakceptowany entuzjastycznie. I zaczęło się dziać!

Czy możesz podsumować w kilku słowach tematykę książki, dla osób które jej nie znają?

Książka zatytułowana „Brakująca połowa dziejów. Krótka historia kobiet na ziemiach polskich” jest opowieścią o przyszłości naszego kraju z perspektywy kobiet. Ale też historią inną niż my znamy, bo ta której jesteśmy uczeni i uczone w szkołach jest głównie polityczna i militarna, a przez to bardzo męskocentryczna. Ja postanowiłam zapytać i sprawdzić, co wtedy robiły kobiety, w czasie tego tysiąca lat, a nawet dłużej. Ponieważ zaczynam szukać i odnajduję pierwsze ślady kobiet na ziemiach polskich już w epoce kamiennej.

Książka opowiada prawdę o przyszłości kobiet, ale ma służyć głównie naszej współczesności. Właściwie tylko taka rozmowa o przyszłości mnie interesuje. Osobiście bardziej porusza i wydaje mi się ważniejsze odkrywanie tego po to, żeby trochę lepiej zrozumieć miejsce, w którym jesteśmy teraz. I z jednej strony, żeby docenić, jak wiele udało nam się osiągnąć, jak wielką pracę wykonały nasze prababki. Abyśmy my dzisiaj mogły swobodnie podróżować, wychodzić za mąż i rozwodzić się, z tym z kim chcemy i kiedy chcemy. Żebyśmy przede wszystkim miał dostęp do edukacji.

Wypełniłeś białe plamy w historii polskich kobiet.

Nie ja, ale historycy i historyczki.

Ale ty zebrałaś wszystko w jedną całość i nadałaś historii przestępną formę. Jak przekonałaś do tego pomysłu wydawcę?

Miałem to szczęście, że wydawcaW.A.B. znał moje teksty. To znaczy wiedział, że potrafię pisać zwłaszcza o trudnych i skomplikowanych kwestiach w prosty i przystępny sposób. Więc to na pewno pomogło, że nie byłam człowiekiem znikąd, który nie ma nic na poparcie swojego entuzjazmu.

Z drugiej strony to był też dobry moment. Mamy dobry czas dla tego typu książek i możemy już w tej chwili mówić o wysypie czy lawinie książek dla dzieci, dla dziewczynek zwłaszcza o różnych wspaniałych superbohaterkach głównie z przeszłości i to jest cudownie. Ale rzeczywiście do niedawna tego typu syntetycznych, popowych, przystępnych książek dla dorosłych aż tak wiele nie było. Więc ja wstrzeliłam się z jednej strony w trend, a z drugiej strony wypełniłam jakąś lukę, którą dostrzegłam. Ale nie tylko ja ją zobaczyłam, mój wydawca również.

Jak to działa od strony współpracy z wydawcą? Czy to jest tak, że ty zrobiłaś sobie shortlistę wydawców i zaczęłaś rozmawiać o tej książce zanim jeszcze powstała?

Ja poszłam na spotkanie tylko do jednego wydawnictwa. Chciałam, żeby to było duże, komercyjne wydawnictwo, które tak mi się wydawało, zapewni tej książce rozmach, na którym mi zależało. Bo wiedziałam, że to będzie olbrzymia praca, na którą mam niewiele czasu.

Więc moja inwestycja w tą książkę, właśnie jeśli chodzi o ilość roboczogodzin, ale też o zawieszenie tak naprawdę na kołku swojego życia prywatnego i zawodowego to będzie ogromna inwestycja. Inwestycja, której nie mam ochoty ponosić, jeśli ta książka ma gdzieś zlądować na najniższej, zakurzonej półce w księgarni. Dlatego że mój wydawca nie zadba o to, żeby książka miała właściwą promocję.

Jak wybrałaś wydawnictwo?

Wybrałam wydawnictwo, które tak obstawiałam i tak mi doradzono, ma porządny dział promocji. I poszłam tylko tam. Pewnie gdyby nie chcieli mojej książki, poszłabym gdzie indziej, ale chcieli. Udało nam się też porozumieć w kwestii zaangażowania wydawnictwa w sam proces powstawania tej książki.

Moim marzeniem było, żeby ilustracje przygotowała Marta Frej i to była propozycja,  która również natychmiast spotkała się z akceptacją, a nawet entuzjazmem. Zależało mi też na tym, żeby książka miała opiekuna oraz opiekunkę merytoryczną i naukową. Więc zostały spełnione moje warunki brzegowe, pewnie niespecjalnie wygórowane

No ale byłam debiutujące autorką, przychodzącą do dużego wydawnictwa, które słynie z publikacji bestsellerów i ma w swojej stajni różnych popularnych autorów i autorki. Więc znów może miałam szczęście…

A może włożyłaś w to dużo pracy… Co musiałaś przedstawić wydawcy?
Pierwszy rozdział, pokazać szkic poszczególnych rozdziałów?

Początkujący autorzy przeważnie są proszeni o gotowy produkt zanim dostaną umowę i  propozycję.

Ale ty zdecydowanie w pisaniu debiutująca nie byłaś. Z drugiej strony książka pokrywająca w dużej mierze tematy historyczne jest jednak czymś innym.

Tak, no i też czymś niekoniecznie bardzo chodliwym. Bo wszyscy czekamy na kolejne ekscytujące kryminały albo następnego polskiego Greya. Ale na książki historyczne, a już zwłaszcza takie, które można podejrzewać jakieś feministyczne zapędy, to jest nisza w niszy. Niemniej jednak wystarczająco atrakcyjna dla mojego wydawcy, a potem jak się okazało, również dla czytelników.

Jak dalej to działa? Przedstawiłaś książkę, dogadaliście się co do tematu?

Przedstawiłam pomysł na książkę. Trzeba pokazać coś w rodzaju konspektu. Z grubsza zaprezentować, co się chce napisać. Ale to i tak była droga na skróty w przypadku debiutu.

Bo o ile się orientuję większość wydawnictw oczekuje jednak przynajmniej fragmentu, i to sporego fragmentu całego dzieła, żeby wejść w taką współpracę. Mi zaufano zanim napisałam jeszcze pierwsze zdanie. Ale rzeczywiście musiałam opowiedzieć, jak sobie całą książkę wyobrażam. Co w niej będzie, o czym będę pisać, jaki jest pomysł. Zrobiłam to najbardziej szczegółowo, jak tylko to było możliwe na tamtym etapie.

Na ile to się pokrywało z książką, którą napisałaś?

Dzisiaj patrzę na to trochę z przymrużeniem oka. Na to, co sobie wyobrażałam na temat tego, jaka ta książka będzie zanim jeszcze zaczęłam ją pisać i czym ona w istocie jest. Pomysł wykrystalizował się dosyć wcześnie. I oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, ale jej układ tematyczny pozostał z grubsza ten sam. Dziś patrzę na to z rozrzewnieniem, bo tam w ogóle nie czuć i nie widać tego wszystkiego, co było treścią tej pracy. Tych wszystkich rozmów i wątpliwości. Tej nieustannej wewnętrznej walki, którą toczyłam sama ze sobą. O kim i o czym pisać, a o czym nie pisać. Jedna wielka sztuka eliminacji. Nieustanne wybieranie. Im więcej czytałam, tym mniej umiałam napisać.

Mogę sobie wyobrazić, że ten proces twórczy był czasochłonny. Jak wtedy wgląda współpraca z wydawcą?
Czy ty masz narzucony termin oddania dzieła?

Przez pierwsze pół roku rozmawialiśmy głównie o kwestiach technicznych. Dogadywaliśmy formalno-prawne warunki umowy. I to nie było stresujące, po prostu rzeczy, które trzeba zrobić. Oczywiście im bliżej deadline’u, tym robiło się bardziej nerwowo. Ja swój deadline przekroczyłam haniebnie, bo o ponad trzy miesiące.

Czy to dużo?

To chyba nie jest dużo, jeśli nie ma się bardzo sztywnej daty publikacji. A ja miałam taką datę. Listopad 2018 roku był momentem jedynym w swoim rodzaju i następna setna rocznica praw kobiet mogła być dopiero za sto lat.

Powiedziałaś, że w tym czasie, twoje życie prywatne i zawodowe poszło w odstawkę?
Jak wtedy wyglądała sytuacja?

Poszłam na długi urlop w pracy, na szczęście płatny. Pisałam dalej felietony prawie do końca pracy nad książką. Ale też nie wiem, czy mój przypadek jest jakiś bardzo reprezentatywny w ogóle dla pracy pisarki. I w ogóle nie wiem, czy jakikolwiek przypadek jest reprezentatywny. Jednak każdy robi to trochę po swojemu. Większość pisarzy, których znam pisze książki i robi oprócz tego wiele innych rzeczy. Ja się trochę wyizolowałam i przestałam zajmować się innymi działaniami, dlatego że zostało mi niewiele czasu, a dużo do przeczytania. Więc miałam hermetyczne i laboratoryjne warunki pracy nad moją książkę, głównie ze względu na zabójczy deadline.

Czy w tym okresie wydawca cię wynagradza?

Nie. Wydawca nie jest pracodawcą. Jest zleceniodawcą i płaci w momencie odebrania zlecenia.

Czyli im bardziej wydłuża się ten deadline, tym większe ponosisz ryzyko?

Tak i istnieje ryzyko, że to się wszystko nie opłaci. Ponieważ gdy książka wyjdzie, wydawca wypłaca tak zwaną zaliczkę czyli płaci za dostarczenie gotowego dzieła. A to czy książka dalej będzie zarabiać, czy skończy się tylko na tej zaliczce, bo pierwszy nakład nawet się nie rozejdzie, to jest ten newralgiczny moment. Moment, który decyduje o tym, czy się pracowało przez wiele miesięcy, a na czasem nawet lat dla tego symbolicznego de facto wynagrodzenia, którym jest zaliczka, czy będzie się zarabiało jeszcze przez wiele kolejnych lat. Ponieważ książka się sprzeda i będzie miała dodruki. Wówczas autor czy autorka są wynagradzani od egzemplarza.

Czyli zaliczka to jest ta baza za oddanie dzieła. A cała reszta jest konsekwencją sprzedaży i ewentualnie tego,
czy w ogóle wydawca zdecyduje się na kolejne nakłady?

Tak, czy będzie popyt na kolejne dodruki.

Dlaczego nie zdecydowałeś na selfpublishing?

Bo nie miałam na to czasu. Gdybym miała nie tylko pisać w tym okresie, ale jeszcze zajmować się rekrutacją redaktorów, korektorów, „składaczy” czy szukać drukarni, przygotować plan promocyjny dla mojej książki, to ta książka nigdy by nie powstała.

Czyli wydawnictwo bierze na siebie te rzeczy?

Wydawnictwo wzięło na siebie te wszystkie rzeczy i wiele innych. I to jest oczywiście ta cena, którą autor musi zapłacić, wiążąc się z wydawnictwem i nie działając samodzielnie. Self-publishing jest teraz rzeczywiście realnym i wpływowym trendem na rynku wydawniczym. I też wiele moich koleżanek i kolegów (blogerów, influencerów) tą ścieżką poszło. Jeśli baza twoich potencjalnych czytelników i odbiorców jest na tyle duża, że nawet tylko co dziesiąty, czy co pięćdziesiąty kupi egzemplarz to i tak się to opłaci. Moja baza była jednak mniejsza i mam tego pełną świadomość. Z drugiej strony jest ta wielka operacja logistyczna, jaką jest wydanie książki w przyzwoitej jakości. Można oczywiście wydrukować książkę byle jak i czasem ona też okaże się wielkim sukcesem. Ale mi zależało, żeby to była ładna książka. Atrakcyjna, porządnie zredagowana.

Również pięknie zilustrowana.

To jest zasługa Marty Frej, nie moja. Pomysł był mój i bardzo się cieszę, że udało się go zrealizować. Więc ja nie miałam takiej pokusy, żeby wydać samodzielnie swoją książkę. Poza tym ja też potrzebuję pracować z ludźmi, mieć taką swoją pracową, zawodową grupę wsparcia. I to są benefity współpracy z moim wydawnictwem, które ja sobie bardzo cenię. Na przykład to, że miałam redaktorkę prowadzącą, która była też dla mnie wielkim wsparciem psychicznym. W pewnym momencie, a nawet niejednym, byłam już bardzo zmęczona i sfrustrowana tym, że piszę tak wolno i pewnie nie zdążę. Albo że to, co pisze mi się nie podoba. Właściwie mam ochotę rzucić wszystko i wyjechać w Bieszczady.

A ona pewnie słyszy to codziennie?

A ona po pierwsze słyszy to codziennie. Takich autorek jak ja przerobiła już setki, jeśli nie tysiące przez całe swoje zawodowe życie. I mówiła dokładnie te rzeczy, które ja potrzebowałam w danym momencie usłyszeć. Nie była tym bulterierem, który tylko warczy i mnie sztorcuje, że miało być, a nie ma. Gdzie jest, kiedy będzie…

Raczej podawała chusteczki?

Podawała chusteczki, klepała po ramieniu i przytulała do serca. I dzięki niej, o tobie mówię, Elu Kalinowska, ta książka się udała. Pewnie gdybym wydawała się sama to fizyczny produkt mógłby być nawet może i podobny, ale nie żałuję swojej decyzji. Kolejną książkę wydam u tego samego wydawcy, już jesteśmy po słowie. Także dla mnie to działa. Aczkolwiek oczywiście rozumiem te inicjatywy autorów i autorek, którzy wydają się sami. Pod kątem finansowym wydaje się to być też bardzo rozsądny wybór. Rzeczywiście cena, jaką się płaci za opiekę dużego wydawnictwa jest znacząca. Ja uznałam, że chcę ją zapłacić z wielu względów.

A jak wygląda cały proces promocji książki? Jak promuje się książkę, żeby w ogóle ludzie się o niej dowiedzieli?

Mogę opowiedzieć, jak promowało się moją książkę. Ja użyłam wszystkich swoich kanałów społecznościowych, które też budowałam przez lata i to jest praca, która w tym momencie okazała się bardzo ważna, potrzebna i wartościowa. Moi odbiorcy i odbiorczynie byli spamowani informacjami z procesu pracy nad książką i już nt. samej książki. Niewątpliwie pomogło mi też to, że przez lata pracowałam w mediach. Mam mnóstwo znajomych dziennikarzy i dziennikarek, którzy wiedzieli nad czym pracuję, a to już jest bardzo wiele. Dotarcie chociażby z informacją o tym, że ta książka powstała do właściwych osób, a dziennikarze to są zdecydowanie właściwe osoby, to duża część sukcesu. Ponieważ bardzo wiele wydawnictw zabiega o to, aby dziennikarze zainteresowali się książką czy autorem nowowydanej książki. Moje wydawnictwo aż tak bardzo starać się o to nie musiało. Wielu dziennikarzy, którzy potencjalnie mogli być zainteresowani tą książką już o niej wiedziało, bo jesteśmy znajomymi na Facebooku.

I w życiu?

No właśnie nawet nie. To nie są przeważnie jakieś wielkie przyjaźnie. Raczej przelotne i powierzchowne znajomości. Chodziliśmy na te same konferencje prasowe z mikrofonami, które miały inne kostki. Ale kojarzymy się i to już wystarczy. Pewnie gdybym napisała cokolwiek, co nie okazałoby się dla nich interesujące, nie wystarczyłby fakt, że kojarzymy się z twarzy i z nazwiska. Nie byłby to powód, żeby mnie zaprosić do audycji, czy zrobić ze mną wywiad na temat mojej książki.

A spotkania autorskie? Miałam wrażenie, że przez pół roku jeździsz po całej Polsce…

I to się nie kończy! Cały czas trwa. Wiem, że są wydawnictwa, które zabiegają, żeby takie spotkania się odbywały, a autorzy byli na nie zapraszani. Ja znów mam to szczęście, że to do mnie zgłaszają się kolejne osoby i instytucje, które chcą mnie zaprosić do swojego miasta, biblioteki szkoły. Moje wydawnictwo zorganizowało mi premierę książki. Jedno spotkanie promocyjne w Warszawie.

Faktycznie od pół roku jeżdżę po całej Polsce. Nawet ostatnio nie tylko po Polsce, bo byłam przez miesiąc na stypendium w Stanach Zjednoczonych. Dowiedziała się o tym Polonia w Chicago i zorganizowała mi spotkanie autorskie w swoim mieście. Zupełnie przy okazji tego, że tam byłam i wcale nie w związku z książką. Ale tak to trochę się dzieje. To jest jakaś kula śnieżna. Osoby, które czasem siedzą na widowni podczas tych spotkań, często potem organizują kolejne spotkanie w swoim mieście lub instytucji.

Mam ochotę powiedzieć, że znów to się dzieje samo. No ale pewnie tak nie jest. To też jest trochę tak, że ja staram się nie odmawiać. Kojarzysz taki film z Jimem Carrey’em? Ja jestem taką yes-mum albo yes-woman. W tym filmie cały patent  polega na tym, że on nie odmawia nikomu, kto mu coś proponuje. I z tego wynikają dla niego różne świetne rzeczy, zwykle dobre. I może to taka życiowa lekcja, która u mnie też się sprawdza. Dlatego ja też staram się nie odmawiać. Czasem przychodzą do mnie bardzo różni, dziwni ludzie, z różnymi bardzo dziwnymi propozycjami. O ile one nie są dla mnie nieakceptowalne ze względów etycznych czy logistycznych, czy różnych innych, to staram się nie odmawiać.

Ale czas jest ograniczony. Doba ma tylko dwadzieścia cztery godziny. To jak wyłuskać najbardziej wartościowe propozycje?

Nie mam jakiejś lepszej metody niż rozmowa z ludźmi, którzy mi coś proponują. I selekcja jest dosyć prosta. Jak kogoś lubię i dobrze mi się z nim rozmawia, mamy dobrą chemię, to zwykle zakładam, że uda nam się zrobić razem coś fajnego.

Kiedy niedobrze się rozmawia albo czuję, że ktoś nie zrozumiał moich intencji albo nawet nie zadał sobie trudu, żeby przeczytać chociaż informację prasową na temat książki, o której chce ze mną rozmawiać, to wolę ten czas zaoszczędzić dla osób naprawdę zainteresowanych. Bo rzeczywiście tych propozycji w pewnym momencie jest tyle, że nie da się odpowiedzieć na wszystkie.

Angażuję się też czasem w rzeczy, które są dla mnie nieopłacalne z punktu widzenia finansowego.  Na przykład jestem gotowa pojechać na spotkanie z kimś, kto mi nie zapłaci nawet za benzynę, bo uważam że warto.

Czyli to nie jest tak, że wydawca pokrywa część kosztów takich spotkań?

Czasem też tak jest i to się zdarzało. Przeważnie jednak organizatorzy pokrywają koszty mojej podróży i pobytu plus wypłacają mi honorarium, bo to jest moja praca.

Czy wydawca robi selekcję i pokrywa koszty wyjazdu tylko wtedy, gdy może się to przełożyć na sprzedaż?

Wydawca ma do tego pełne prawo, ponieważ to jest jego inwestycja. Wydawca nie jest organizacją charytatywną i nie ma obowiązku wspierania każdej słusznej inicjatywy. Ale akurat mój wydawca wysyła mnie też na spotkania, które mają zerowy potencjał komercyjny. Na przykład do szkół.

Tu bym dyskutowała, czy zerowy.

No tak, może rzeczywiście mój horyzont jest ograniczony i wydawca widzi to w jakimś szerszym kontekście. Natomiast oczywiście to jest prawo wydawcy. Z drugiej strony organizatorzy, a nawet głównie domy kultury i biblioteki dysponują budżetami, żeby zapraszać autorów czy autorki na takie spotkania. I to też jest jakaś część działalności tych instytucji, o której zwykle nie myślimy. A ona jest duża i ważna. Ma też swoje źródło finansowania. Dla mnie to było jednak pewne odkrycie, że aż tyle bibliotek, domów kultury i różnych innych instytucji kultury, chce mnie zapraszać i właściwie zawsze proponuje mniejsze lub większe honorarium. Oczywiście nie są to jakieś duże pieniądze, ale na tyle istotne, żebyśmy nie mówiły tutaj o pracy dla idei.

Czy te spotkania autorskie wprost przekładają się na sprzedaż?

Jeśli podczas spotkania autorskiego jest dostępna książka i można ją kupić na miejscu, to rzeczywiście bardzo wielu uczestników takich spotkań, te książki kupuje. Chce od razu autograf i dedykację, więc w pewnym sensie tak. Natomiast te spotkania są jednak kameralne. Przychodzi na nie od kilkunastu do kilkudziesięciu osób. W skali, która jest interesująca komercyjnie, to są raczej niewielkie przychody. Ale też nie w tym celu się to robi. Jeśli chce się sprzedać więcej egzemplarzy książki, to raczej spotkania autorskie nie są najbardziej opłacalnym narzędziem, żeby zwiększyć sprzedaż, tak mi się wydaje.

Domyślam się, że przede wszystkim liczy się widoczność książki w samych księgarniach?

Dużo różnych rzeczy jednocześnie. Widoczność książki w samej księgarni na pewno pomaga. Obecność w księgarniach sieciowych czy w innych miejscach, które sprzedają literaturę, bo pamiętajmy,  że książki są sprzedawane nie tylko w księgarniach. Bardzo duża część odbiorców zaopatruje się w nie w kioskach, na lotniskach i dworcach, w supermarketach. Cały czas też rosnąca grupa czytelników i czytelniczek kupuje kolejne książki aktywnie i regularnie w ogóle nie chadzając do księgarni, bo nabywa je przez internet.

Domyślam się, że właśnie to była ta siła dużego wydawnictwa, a nie self-publishingu?

Jeśli chodzi o twórców internetowych, to ich odbiorcy są w internecie. Kupują w internecie i ich sprzedaż też odbywa się głównie przez internet. Więc nie jestem pewna czy self-publishing tutaj na tym traci, raczej zyskuje. To co chcę powiedzieć to, że żaden jeden kanał nie jest w tej chwili wystarczający i chyba nikt dziś sobie nie może pozwolić na to, żeby zignorować promocję online. Ale wciąż jeszcze mało kto, może sobie pozwolić na to, aby zignorować promocję i obecność offline, zwłaszcza dystrybucję książki w księgarniach.

Śmiałaś się, że jesteś yes-women. Czy inicjatywa, która organizowałaś pod nazwą Drugie śniadanie matek, to też była taka sytuacja, kiedy ktoś do ciebie przyszedł ze swoim pomysłem? Czy to była twoja własna inicjatywa?

Drugie śniadanie matek było cyklem spotkań kawiarnianych z ciekawymi osobowościami. Przede wszystkim ze świata kultury, ale nie tylko, bo gościliśmy też lekarzy, działaczki społeczne i różnych innych interesujących ludzi. Audytorium tego spotkania, jego główną widownie, stanowiły mamy z małymi dziećmi. To znowu była inicjatywa, która się wykluła z rozmowy z fajnym człowiekiem, a konkretnie z matką-założycielka marki Szumisie, która jednocześnie jest też właścicielką kawiarni. Ja natomiast miałam refleksję na temat niedostępności tego typu spotkań dla kobiet zajmujących się bardzo malutkimi dziećmi.

Ja właśnie w ten sposób trafiłam na informacje o tych spotkaniach.

Spotkania z autorami książek i w ogóle z ciekawymi postaciami są zwykle w środku tygodnia, po 18:00, w przestrzeniach niesprzyjających dzieciom. W których dzieci płaczące, raczkujące są intruzami i utrudniają innym słuchaczom uczestnictwo w takim spotkaniu.

A jak samą kawiarnie przekonałaś do tej inicjatywy?

Nie musiałam. To raczej kawiarnia i Ania Skórzyńska była od początku wielką entuzjastką tego pomysłu. To też było zupełnie naturalne, bo to jest przestrzeń, w której mamy, czy w ogóle rodzice z małymi dziećmi, są głównymi i mile widzianymi gośćmi.

Tak, ale można też organizować tam np. warsztaty z chust…

I też Szumiś Cafe to robi. Obie jednam miałyśmy takie poczucie, że tych ofert dla rodziców, czy matek małych dzieci, które koncentrują się na dzieciach jest bardzo dużo. Tymczasem miałam taką potrzebę, żeby stworzyć miejsce, w których to doznania rodziców, ich wrażenia i przemyślenia będą najważniejsze. I to jest miejsce, gdzie dzieci oczywiście są zaproszone i mile widziane, ale to nie one są tutaj w centrum dyskusji.

Właściwie każde twoje działanie jest działaniem społecznym. Bez względu na to, czy piszesz książkę, czy prowadzisz bloga, czy tworzysz spotkania dla mam. Czy możesz podsumować, jaką zmianę kreujesz i co będzie twoim następnym wielkim krokiem?

Pewnie chodzi mi o to, żeby świat czy Polska były miejscem, w którym każdy i każda może realizować cały swój potencjał. Bez względu na to, czy urodził się mężczyzną czy kobietą. Tak zupełnie jakoś pragmatycznie chciałabym, żeby powoli kończyły się i mniejszą skalę miały te plagi społeczne, które kobiet dotyczą. Ale przecież nie tylko kobiet. Myślę o przemocy fizycznej i ekonomicznej, psychicznej. O nierównościach na rynku pracy, dyskryminacji w miejscach pracy.

Myślę też o tym, żeby decyzja na temat macierzyństwa, tego czy chcę się być matką, czy nie i kiedy, należała do kobiet, a nie do wszystkich dookoła. Chciałabym, żeby pokolenie mojego syna słuchało tych opowieści i dylematów, jak bajki o Żelaznym Wilku. Żeby to wszystko to wszystko to  była jakaś pieśni przeszłości dla następnego pokolenia. To co mogę zrobić to próbować dalej opowiadać, co jest praprzyczyną naszej dzisiejszej sytuacji.

Więc właśnie zaczynam pisać kontynuację „Brakującej połowy…”, która będzie poświęcona życiu prywatnemu kobiet w przeszłości. I głównie temu, jaką ewolucje przechodziły różne sfery naszego życia, o których już naprawdę podręcznikowa historia milczy. Czyli sfera życia domowego, prywatnego, macierzyństwa, seksualności, ale także mody, sportu. Więc moja mała cegiełka, żeby coś się zmieniło jest taka, że opowiadam o tym, jak to wyglądało w kolejnych epokach. Że naszym babkom czasem bywało gorzej, a czasem lepiej niż nam współcześnie. Być może płynie z tego jakaś lekcja dla nas, na dziś. A nawet jeśli nie, to warto o tym wiedzieć, bo historia bywa nauczycielką życia, ale pod warunkiem, że się ją zna.

W takim razie Tego właśnie ci życzę i ogromnie trzymam kciuki, żeby udało ci się jak najszybciej zakończyć drugą książkę. Jeszcze raz dziękuję ci za to, że mogłyśmy się spotkać i porozmawiać.

Bardzo dziękuję za zaproszenie, to była przyjemność.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.